MarUla – tak się będzie nazywać cz. 19 – nie zawsze musi być na temat :)

Minęły cztery „szybkie” miesiące od czasu ostatniego wpisu. Jest o czym pisać, a więc po kolei.

Lipiec upłynął po znakiem długich wakacji. Trzy tygodnie tęsknoty za stocznią (to jest już chyba choroba), spędziłem na południu Portugalii we wsi Manta Rota. Tam sympatyczny anglik wynajął nam domek i oddaliśmy się „nic-nie-robieniu” przerywanym wycieczkami samochodowymi w różne ciekawe miejsca. Zaczęliśmy od zobaczenia morza (przepraszam, oceanu). Stwierdziliśmy, ośmieleni wspaniałym portugalskim winem (Marquez de Borba), że najlepiej zobaczyć ocean o zachodzie słońca. Nie przewidzieliśmy dwóch rzeczy. Pływów, które cofają ocean o 3,5 metra w pionie ok 20.00 oraz tego, że to nie Bałtyk, i zachód tu to nie po tej stronie. 🙂 Po radosnym odkryciu faktu zmiany kierunków geograficznych, niestrudzenie wędrowaliśmy  w stronę oceanu (był właśnie największy odpływ) piękną, piaszczystą plażą, która przy odpływie miała chyba z pół kilometra  szerokości !!! Dzieci, gdy zobaczyły takie morze piasku stwierdziły, że jest tu jak w Karwi, a morze nad Bałtykiem cieplejsze. 🙂  No nieźle k…, pomyślałem sobie (a może powiedziałem), tyle kilometrów, samoloty, przejazdy tylko po to, aby mieszkać w wiosce nad brzegiem piaszczystej plaży gdzie ocean jest zimniejszy od Bałtyku ?? Musieliśmy to rozważyć i zmierzyć się z wewnętrznym niepokojem jeszcze raz wieczorem przy butelce wina (oczywiście Marquez de Borba). I wtedy poczułem ulgę. 🙂 Siedzieliśmy przy tej butelce (butelkach) prawie do rana w samych kąpielówkach rozmawiając i myśląc co z tym fantem zrobić. I nagle dostaliśmy olśnienia, że tu nie jest jak nad Bałtykiem !!! Bo po pierwsze primo jest tu ciepło przez 24h (obiektywnie, bo mnie jest wszędzie ciepło, ale moja żona-zmarźluch potwierdziła to założeniem o 2 w nocy tylko dodatkowej koszulki z krótkim rękawem), po drugie secundo jest tu pyszne i tanie wino, po trzecie tercio jest tu przepyszne jedzenie (nie jakieś tam mrożone  smażone flądry w grubej jak podeszwa panierce śmierdzące starym olejem), a nasza plaża w Manta Rota jest wybrykiem natury pośród  klifowego wybrzeża rejonu Algarve (co potwierdziły nam przewodniki i potem sami się przekonaliśmy). Odkryliśmy też w naszej wiosce  targ z owocami morza, gdzie można było kupić za niewielkie pieniądze wszelkiego rodzaju skorupiaki łącznie z ostrygami oraz większość znanych w kuchni głowonogów – i to po czwarte ultimo 🙂 🙂

1. Wino – wytrawne, czerwone, szczep Alentejo – no dla mnie po prostu czysta słodycz, zapach czarnej porzeczki, wyczuwalna nutka wanilii, delikatne, lepiej smakuje lekko schłodzone, w smaku nie czuć alkoholu, próbowałem tam wiele win (i tych z wyższych półek), ale to wino mi odpowiadało najbardziej – cena w zależności od sklepu od 3 do 5 Euro. Reszta wycieczki gustowała w Porto Tawny.

2. Jedzenie

Rano wiadomo, pyszna kawa za 0,50 centów w jakieś zaspanej kafejce w drodze na bazarek po owoce morza lub tak po prostu. Około południa też kawa, ale z przystawką. Przystawką są malutkie ślimaki (Caracoish) gotowane w białym winie z czosnkiem, oregano, kolendrą i pietruszką. Są malutkie, ale przepyszne.  Nawet dzieci w nich gustowały (szczególnie najmłodsze). Potem siesta, ale przed sjestą trzeba już pomyśleć o kolacji i zarezerwować stolik, bo inaczej ciężko coś znaleźć. Generalnie jeżeli wieczorem w jakiejś knajpie w rejonie nadmorskim są wolne miejsca od reki to jest to słaba knajpa i takie omijaliśmy. 🙂 Co do cen, to kolacja składająca się: z czterech win białych i 4 czerwonych, dużej ilości wody, 12 dań rybnych z frytkami/ziemniakami lub owocami morza, z 12 przepysznymi deserami (uwaga, bardzo słodkie) , wynosiła nas ok. 100-120 Euro na 12 osób (6 dorosłych/6 dzieci). Poza tym staraliśmy się oczywiście sami gotować. W drodze wyborów powszechnych  ta czynność przypadła mi począwszy od zakupów skończywszy na efekcie końcowym (nie protestowałem, inny musieli zajmować się dziećmi 🙂 – demokracja, głupcze 🙂 ). Dwa razy zrobiłem spaghetti owoce morza z duuuużą ilością tego drugiego oczywiście prosto z targu (nauczyłem się obierać mątwy, ośmiornice i kałamarnice), a że mieliśmy duży grill to dwie kolacje to grillowana jagnięcina wcześniej marnowana w oliwie, ziołach, czosnku z sosem worchester (chyba tak to się pisze) pomieszanym z sosem balsamicznym. Dodam tylko, że w obu przypadkach koszt zakupów nie przekroczył 50 Euro razem z winami.  Poniżej kilka fotek poglądowych najpopularniejszych potraw najpierw tych z restauracji , a na końcu moje dzieła 🙂 🙂 , wszystkie opinie subiektywne, wiadomo, gusta.

1. Dorsz zapiekany (Bacalhau) – średni, ale warto spróbować

2. Cataplana – tutaj co knajpka to co innego, takie ratatui z owocami morza i gotowaną rybą, z warzywami, z ziemniakami lub ryżem, dlatego kilka fotek. Cataplana to też nazwa naczynia, przypominającego spodek kosmitów, w różnych rozmiarach (te mniejsze rozmiary widziałem w polskich knajpach z portugalskim jedzeniem, te duże rozmiary widziałem w Portugalii).

3. Zapiekana ośmiornica – Polvo – z pieczonymi ziemniakami i z dużą ilością czosnku, oliwkami i oliwą –  – dla mnie mój pierwszy nr 1.

4. Sardynki – Sardinas – był nr 1, to musi być też druga strona tabeli. Potrzeba kocich umiejętności, aby to zjeść nie zadławiając się ośćmi. Dla cierpliwych lub dla wprawionych wędkarzy którzy gustują w leszczach. 🙂 Generalnie odradzam.

5. Robalo – Europejski Seabass – drugi nr 1. Zawsze miałem dylemat co wybrać. Bez panierki, tylko obtoczony ziołami i czosnkiem. Rewelacja !!!

6. Kałamarnice – Lula, bardzo smaczne, na pewno są w czołówce dań. Smak nadaje im genialnie przyprawiona oliwa w której są pieczone. W czasie jedzenia pamiętać, aby wyjąć kręgosłup, przypominający w wyglądzie i właściwościach kawałek plastiku (natura dawno już go wymyśliła..)

7. Przystawki – każdy rozpozna co jest na zdjęciu, dobre na pierwszy głód.

8. Niestety mam tylko zdjęcia spaghetti, widocznie jagnięcina tak szybko poszła, że nikt nie zdążył zrobić zdjęcia. 🙂

9. A na koniec deser…

To tyle o kulinarnych podbojach Portugalii. Poza tym zwiedziliśmy wszystkie ciekawe miasta Algarve, pojechaliśmy na przylądek św. Wincentego, gdzie nasz wiatr halny to lekki zefirek w porównaniu z tym co tam się działo, pojechaliśmy do Sevilli w Hiszpanii, serwując sobie zwiedzania miasta w samo południe, co tylko potwierdziło, że Sevilla jest najcieplejszym miejscem Hiszpanii, ale warta zobaczenia w każdą pogodę. Koniecznie musieliśmy zobaczyć słynne klify i plaże pod nimi w Carvoreiro – cudowne formacje skalne utworzone przez erozję z ciekawymi strefami dla plażowiczów, gdzie większość miejsca jest oznaczone jako „danger area” – tam oczywiście większość ludzi odpoczywa przed upałem, jak to ludzie. 🙂 I na końcu kilka dni w Lisbonie – na mnie największe wrażenie zrobił klasztor Hierominitów w dzielnicy Belem, a z dzielnicy Baro Alto nie chciałem wracać do hotelu. Polecam oczywiście wycieczkę żółtym tramwajem, tylko nie wychylać się za bardzo, bo w dzielnicy Alfama można rusztowaniem centralnie dostać w głowę. 🙂

No i na koniec bez odwiedzenia największego w Europie oceanarium nie należy wyjeżdżać z Lisbony. Dzieci są zauroczone, a i dorośli często zapominają, że są z dziećmi. 🙂 Polecam.

To tyle, trochę nie na temat, ale czasami taki off-top dobrze robi. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.