MarUla – tak się będzie nazywać cz. 30 – balast – część 3

W ramach odpoczynku od dopieszczania kadłuba, w piękną, słoneczną, październikową sobotę, rozpocząłem odlewanie balastu. Dla przypomnienia wymiary balastu to 130 cm długości i 14 cm szerokości zwężającej się do 10 cm, czyli kawał ołowiu, razem ok. 200 kg.

Skoro świt, jak tylko zrobiło się trochę jasno, zacząłem przygotowywać stanowisko. Najpierw „palenisko” na którym będziemy rozgrzewać ołów, potem dobrze wypoziomowane miejsce na formę. Palenisko zrobiłem z dużych, brukowych kamieni. Dla większej stabilności wzmocniłem je prętami zbrojeniowymi wbitymi w ziemie. Po próbie na sucho okazało się, że naczynie napchane ołowiem stoi stabilnie, czyli pierwszy sukces. Potem przyniosłem cały ołów, aby był pod ręką. Następnie ustawiłem odkurzacz z rurą na wylocie blisko paleniska, aby tworzył odpowiedni cug. Do palenia używałem wcześniej przygotowanego suchego drewna i węgla. O godz. 9 dołączył do mnie tata i Marcyś, bo do wylewania ołowiu 3 osoby to minimum. Przestawiliśmy gipsową formę, ustawiliśmy w formie rurki, które będą potem pilotami dla śrub mocujących balast. Jednocześnie rozpalaliśmy ogień. Na pierwszy raz wrzuciliśmy ok 60 kg ołowiu. Z racji, że palenisko jeszcze dobrze się nie rozpaliło, dość długo czekaliśmy , aż ołów zaczął topnieć. Zajęło to dobrą godzinę. 🙂 Gdy już cała zawartość się rozpuściła, tata, który był głównym kierownikiem-odlewnikiem :), fachową ręką przy pomocy drewnianej łyżki zebrał szlakę z wierzchu gotującej się „zupy” i powiedział „lać ! „. Z drżącym sercem podnieśliśmy garnek, przeplatały mi się myśli, czy wszystko wytrzyma, czy gips nie pęknie, czy coś się nie popsuje… Zaczęliśmy wylewać. Robiliśmy to dość wolno, aby ołów równomiernie rozpływał się po formie. Wszystko się gotowało, pryskało, skwierczało. Trochę byłem przerażony, że chwila klęski jest tuż, tuż, ale na szczęście, wylaliśmy wszystko i do pustego naczynia wrzuciliśmy tym razem prawie 90 kg. Po 40 minutach , drugą turę ołowiu wlaliśmy prawie jak fachowcy i kolejny, trzeci garnek to już była rutyna 🙂 . O godz. 14 forma była rozbita, teren oczyszczony i balast zaciągnięty do stoczni.

Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo, to bezapelacyjnie trzeba używać bardzo grubych rękawic i okularów ochronnych, bo ołów niesamowicie pryska, przynajmniej przy pierwszej próbie, gdzie forma była wilgotna. Druga sprawa to opary ołowiu. Odlewanie dużych form wg mnie może się odbywać tylko i wyłącznie na otwartym powietrzu, przy wietrznej pogodzie. Ustawiając formę trzeba pamiętać, aby ustawić ją równolegle do linii wiatru (akurat w sobotę wiało 2B 🙂 ) . Nie czuliśmy w gardłach żadnego metalowego posmaku, który może się pojawić, gdy niewielkie ilości oparów jednak dostaną się do dróg oddechowych.

No i tyle, resztę opowiedzą zdjęcia. 🙂

6 myśli na temat “MarUla – tak się będzie nazywać cz. 30 – balast – część 3”

  1. Marcin jak zwykle wszystko w najwyższej półki. Nawet pogoda, tylko powiedz jak ją załatwiłeś? Gratulacje dla dzielnej brygady odlewników! Pozdrawiam

  2. Marcinie właśnie zakończyłem czytać cały Twój blog i cieszę się, że powstał bo jest to dla mnie jak biblia. Powoli przygotowuję się do podobnego projektu … Dzięki i pisz dalej jak najwiećej ! pozdrawiam Maciek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.