MarUla – tak się nazywa cz. 63 – wodowanie

Uroczyste wodowanie było naprawdę uroczyste. Pogoda dopisała, goście zjawili się w komplecie. Matką chrzestną została moja małżonka. Łezka się w oku zakręciła. Po wodowaniu obowiązkowe, krótkie wycieczki na silniku po Zalewie Zegrzyńskim, z czego najbardziej zadowolone były dzieci. Etap budowy mogę uznać za zakończony. Chyba czas zmienić tytuł bloga lub założyć nowy ? Jeszcze nie wiem. Teraz pozostaje mi tylko czekać na każdy weekend, aby robić to, po co budowałem Marulę. Czas ją opływać, usunąć ewentualne usterki, wprowadzić nieodzowne modyfikacje lub usprawnienia, przekonać żonę, że nie ma lepszego czasu spędzania wolnego czasu, niż żeglowanie na własnym jachcie. I zastanowić się, czy przypadkiem nie będę tęsknił od jesieni za dłubaniem w drewnie.

Pozdrawiam wszystkich, którzy odwiedzili mojego bloga. Mam nadzieję, że będzie on inspiracją dla wszystkich niezdecydowanych, przyszłych budowniczych-amatorów, a dla pozostałych po prostu ciekawostką.

Na koniec parafrazując J. Kaczmarskiego:

„nie trzeźwiej z marzeń o krok od spełnienie, o krok od triumfu nie opuszczaj głowy”