MarUla – tak się będzie nazywać cz. 61 prace wykończeniowe cd..

Od początku marca wydarzenia stopniowo nabierały tempa. Gdy jeszcze miejscami na Zalewie Zegrzyńskim była warstwa lodu, przygotowałem listę przystani, którą zamierzałem odwiedzić i znaleźć spokojne miejsce wodowania i postoju na ten sezon. Odwiedziłem m.in. „Przystań Przy Starym Moście”, „Marina Diana”, „WTW Zegrze”, „Yacht Club Wierzbica Port”, „Kolejowy Klub Wodny Jachranka”, „Jacht Klub Polski Warszawa”. Wybór padł na WTW Zegrze, miejsce zarezerwowane i opłacone, kolejny punkt odhaczony.

Następny punkt – przyczepa. Na targach Wiatr i Woda spotkałem się z bardzo sympatycznym p. Stefanem Cymermanem, omówiliśmy szczegóły techniczne, podczas gdy nasze żony o czymś zawzięcie dyskutowały. Ze względu na dość nietypowy jak na polski rynek kadłub Maruli,  tutaj coś dodaliśmy, tutaj zmieniliśmy, coś przesunęliśmy, także zaraz po świętach wielkanocnych przyczepa było do odbioru. Dodam, że firma „Cymerman” produkuję każdą przyczepę na zamówienie, nie jest to hurtowa produkcja. Naprawdę, każdy szczegół jest przemyślany i można śmiało powiedzieć, że margines bezpieczeństwa dla tak wyprodukowanej przyczepy jest bardzo duży (np.:  sposób mocowanie i zabezpieczenia przed zginaniem rolek kilowych pozytywnie mnie zaskoczył).

W czasie gdy przyczepa była produkowana, przygotowałem się do podniesienia Maruli z jej dość mocno zasiedziałego łoża. Nadszedł więc czas próby generalnej wcześniej przygotowanej konstrukcji. Dwa pasy (a właściwie zawiesia)  o nośności 1T każdy i bloczki łańcuchowe podniosły bez większego problemu Marulę. Nic nie trzeszczało, nic nie „stękało”, generalnie obyło się bez niespodzianek. Wyjąłem łoże (może jeszcze się na coś przyda), odkręciłem z niego zniszczone koła, trochę porządków i Marulę zostawiłem na święta w oczekiwaniu na przyczepę.

Po świętach skoro świt pojechałem po przyczepę uzbrojony w świeżą tablicę rejestracyjną. Krótkie szkolenie co i jak, szybka wymiana wtyczki, bo okazało się, że na haku mam 8 pinów, i odjazd do stoczni. Dziwnie się jechało, bo raz, że przyczepa wystaje poza obrys samochodu, dwa – była pusta i tym samym trochę na nierównościach trzęsło. Na szczęście stocznia jest bardzo blisko od Tomic, więc po 20 minutach przyczepa była już na miejscu, a Ja szybko do pracy na 9 rano. Po pracy przyszedł czas na załadunek Maruli na przyczepę. Jedyna niespodzianka  to troszeczkę (ok 30 cm) za długie zawiesia (nowe, krótsze już zakupione), przez co Marula nie poszła tak wysoko jak planowałem. Jednak dwa lewarki samochodowe szybko pomogły i po 2 godz. łódka stanęła na przyczepie. Po dokładnym wypoziomowaniu, zważeniu haka (max nacisk to 80-90 kg) przy różnych konfiguracjach położenia, wyszły dwie małe poprawki – dołożenie dodatkowej, przedostatniej belki oraz wydłużenie tylnych podpór i przesunięcie ich na nową, dodatkową belkę. Także czeka mnie jeszcze jedno ściągnięcie z przyczepy i krótka wizyta w firmie Cymerman.

MarUla – tak się będzie nazywać cz. 32 odwracanie

Garaż uprzątniety z helingu, pasy gotowe, opony przywiezione, 100 %-owi pewniacy potwierdzili swoje przybcie, sobota zbliżała się dużymi krokami. Wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku.  Niestety, nie poszło. We wtorek złapała mnie taka grypa, że w środę rano ledwo dowlokłem się do lekarza. Tydzień zwolnienia i łóżko… 😦 Zastanawiałem się cały czas co robić. Drugi raz wszystkich razem zorganizować będzie cieżko, wszystko jest gotowe, a że żeglarze są przesądni więć pomyślałem „a co tam”, trzeba to zrobić, tyle na to czekałem. Łyknąłem w sobotę skoro świt wielką garść medykamentów, zabrałem jakby co drugą ze sobą.  Na termometrze za oknem -6C, za to słoneczko od rana cudowne. Marcyś przyjechał zaraz po mnie. Skręciliśmy łoże pod łódkę, aby w odpowiednim momencie Marula miała na czym stanąć. Do 10 rano zjechało się 15 chłopa. Małe piwko dla wzmocnienia, narada, podział ról. Udawałem, że wszystko wiem (przynajmniej miałem taką minę), jakbym co tydzień przewracał łódkę.  Na „raz” sprawdziliśmy czy Marula ciężka czy nie. Poleciała w górę jak piórko i tak zawisła. 🙂 Ja i Marcyś byliśmy tzw. „wolnymi elektronami”. Biegaliśmy wokół łódki i pod nią. Wyjeliśmy dotychczasowe podpory, wyłożyliśmy kocami wojskowymi podłogę, podkładaliśmy w odpowiednim momencie opony. Generalnie obyło się bez żadnych problemów. Najpierw ją postawiliśmy na burcie, potem delikatnie narzucaliśmy i dalsze odwracanie. Praca zaplanowana na 3 godz. była skończona w 30 minut 😉 , przez co zdjęcia są tylko po przewróceniu, bo fotograf (córka z koleżanką Magdą specjalnie przyjechały autobusem) troszeczkę się spóźnił na sam proces odwracania. 🙂 Wózek wjechał pod łódkę, podłożyliśmy opony, delikatnie opuściliśmy Marulę, wypoziomowaliśmy i koniec !!! Zawiązaliśmy na dziobie wiechę składającą się z 17 róż i przystąpiliśmy do długiej wymiany emocji przy 12 letniej whiskey, która cały rok czekała na tą chwilę. Wieczorem padłem jak ścięty, 39 stopni gorączki. Dopiero w niedzielę wieczorem trochę lepiej się poczułem i usiadłem do pisania. Wielkie podziękowania dla: Marcysia, Łukaszów, Sąsiadów Krzysztofa i Andrzeja,  całej silnej załodze z Mineralnej – Piotrowi, Maćkowi, Jackowi, Roberta z sąsiadem, Krzysztofa, spóźnionego Piotra (ale jest rozgrzeszony, bo powód spóźnienia był zacny) ;), Andrzeja, Wojtka, nieobecnego Grzegorza (zabłądził), puntkualnego Kamila, mojej córce za piękne zdjęcia, żonie za wiechę i przywiezienie do domu. 😉

Łódka prezentuje się pięknie, odsłoniła ogrom dalszych prac, i o to chodzi.